Pożegnanie Mamy o. Prowincjała - Zakon OO. Karmelitów

Pożegnanie Mamy o. Prowincjała

27 kwietnia pożegnaliśmy śp. Barbarę Meger, mamę Ojca Prowincjała. Kilka ostatnich miesięcy pokazało jak piękne są relacje braterskie, jak w chwilach szczególnie trudnych możemy na siebie liczyć. Przy łóżku chorej Pani Barbary, obok troskliwego syna Bogdana nie zabrakło współbraci, którzy w miarę możliwości służyli swoja pomocą, czasem, rozmową... Śp. Barbara pozostanie w naszej pamięci, a przede wszystkim w naszej modlitwie.

Msza pogrzebowa sprawowana była w Bazylice Mariackiej w Gdańsku - parafii śp. Barbary. Uczestniczyło w niej blisko sześćdziesięciu kapłanów, w tym synowie o. Bogdan i ks. Adam oraz biskupi - ordynariusz diecezji pelplińskiej ks. bp Ryszard Kasyna oraz ks. bp pomocniczy diecezji gdańskiej Zbigniew Zieliński, a także bracia i siostry zakonne z różnych zgromadzeń, rodzina, przyjaciele, znajomi i parafianie.

Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie!

Zdjęcia pochodzą ze strony internetowej Bazyliki Mariackiej w Gdańsku:
http://bazylikamariacka.gdansk.pl/pogrzeb-sp-barbary-meger-matki-kaplanow/

Kazanie pogrzebowe

Msza św. pogrzebowa Mamuni śp. Barbary 27.04.2017

„Zabiliście dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami”

Fragment I Czytania z Dziejów Apostolskich

A dzisiejsze lektury pochodzą z ubiegłego czwartku - z dnia, w którym odeszła do Boga nasza mama.

         Ekscelencje,

         Ks. Biskupie Ryszardzie – Biskupie Pelpliński,

         Ks. Biskupie Zbigniewie – Biskupie Pomocniczy naszej Archidiecezji,

         Ks. Infułacie Stanisławie, który przez 35 lat byłeś proboszczem naszej parafii w której mieszkali nasi rodzice.

         Ks. Prałacie Ireneuszu, obecny proboszczu tej prześwietnej Bazyliki

         Drodzy bracia kapłani, diecezjalni i zakonni wszystkich urzędów i godności,

         Moi współbracia w Karmelu na czele z Ojcem Wikariuszem Prowincji Tadeuszem,

         Przewielebna Matko Aurelio, Przełożona Generalna Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana,

         Drogie siostry poszczególnych zgromadzeń zakonnych, na czele z siostrami przełożonymi poszczególnych wspólnot,

         Bracia i siostry: nasza kochana rodzino, parafianie, przyjaciele, ludzie życzliwego serca dla naszej mamy i dla nas, którzy przybyliście z różnych części Gdańska i naszej Ojczyzny a nawet spoza jej granic.

         A przede wszystkim kochany Tato i mój bracie księże Adamie!

         Tak sobie nieraz myślę, jak smutne jest życie człowieka – więcej, jak straszne i bez perspektywy jest życie człowieka, który nie wierzy w Boga, który nie wierzy w Zmartwychwstanie, który nie wierzy w życie wieczne.

         Nasze życie ludzi wierzących ma zupełnie inną perspektywę. Dlatego Liturgia Kościoła nazywa nie tylko tydzień następujący po Świętach Wielkanocnych Jednym Dniem, ale cały okres Pięćdziesiątnicy uznaje za Jedno Wielkie Święto. Bo Jezusa, którego zabito, Bóg wskrzesił, On żyje, on pierwszy wrócił z cmentarza na własnych nogach. To obchodzimy, to świętujemy. Nie święto koszyczka czy święconki, żeby przynieść do naszych świątyń wielkanocne jedzenie do poświęcenia, a potem zjeść to w trakcie wielkanocnego śniadania czy obiadu i powrócić z powrotem tak naprawdę do bylejakości życia i beznadziejności dotyczącej tego, co będzie po naszej śmierci.

         Kiedy napisaliśmy na krakowskiej klepsydrze naszej mamy w podpisie: „ Z nadzieją Zmartwychwstania”, to nie jest to jakaś nadzieja, że może, że no coś przecież musi być. Nie. Napisaliśmy to, myśląc o nadziei wypływającej z naszej wiary, że jeżeli Jezus Zmartwychwstał to i my zmartwychwstaniemy, to i my przejdziemy z tego życia do życia lepszego, do życia bez bólu, bez cierpienia i zmartwień. Przejdziemy na pewno.

         Różnie nas w życiu postrzegają inni, obiektywnie albo subiektywnie, trochę prawdziwie, ale nie do końca. Ale tak naprawdę to dopiero na końcu życia, możemy ocenić człowieka czy on w swoim życiu był świadkiem Zmartwychwstania Jezusa, czy on żył tak, że inni patrząc na niego mówili: tak on wierzył, on ufał.

         W czasie liturgii żałobnej nie powinno się kłaść jakiegoś szczególnego nacisku na chwalenie osoby zmarłej, bo przecież każdy ma swoje wady, ułomności i grzechy. Ale też trzeba mówić prawdę. A prawda o naszej mamie jest taka, że Ona w swoim życiu była świadkiem zmartwychwstania, jej sposób życia i zachowania potwierdzał jej wiarę.

         Kiedy czuwałem przy jej łóżku, zanim jeszcze zaczęła otrzymywać środki uśmierzające ból, pewnej nocy usłyszałem pytanie: „Jezu, dlaczego ja tak cierpię, przecież ja nikomu w życiu nie zrobiłam nic złego?. To nie był wyrzut, to nie była skarga. Ale też to nie tylko było pytanie umierającej kobiety, która nie do końca rozumie Bożą logikę miłości. Ona sama dała o sobie świadectwo. Tak, jej życie było zawsze bardzo cichutkie, bardzo skromne i bardzo uważała, żeby o nikim nic złego nie powiedzieć.

         Kochała Boga i swoją rodzinę. I za nas była gotowa oddać swoje życie. Tak, oddać życie w dosłownym tego słowa znaczeniu, nie w przenośni. Za naszego tatę Leona wyszła  w roku 1959, w dosyć późnym wieku, bo miała już wówczas 30 lat. Ślubowali przed Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej w Częstochowie. I niektórzy mówili jej, że może już nie dochowa się dzieci. A jednak. Pierwsza Kasia po trudnym porodzie zaraz umiera w 1961 roku. Następnie Adam również po trudnym porodzie, a potem ostrzegają ją, że nie powinna już mieć dzieci. I kiedy nosiła mnie pod swoim sercem to jak sama powiedziała mi, namawiano ją, aby to dziecko straciła – tak aborcję wówczas nazwano, bo jest ono zagrożeniem jej życia. Ale ona tak mi powiedziała: „ulitowałam się nad tym dzieciątkiem”, dodajmy: z narażeniem własnego życia. Po trudnym, bardzo trudnym cesarskim porodzie urodziłem się cały siny i na skutek niedotlenienia mózgu lekarze orzekli, że jeżeli przeżyję będę upośledzony. Jak widać przeżyłem. I stoję tutaj dzisiaj przed wami, aby po raz pierwszy dać publicznie świadectwo, że ona była gotowa oddać swoje życie. I gdybym tego nie zrobił, gdybym tego nie powiedział dzisiaj, tu i teraz, to przez całe swoje dalsze życie wyrzucałbym sobie, że zabrakło mi odwagi aby dać świadectwo o Jej wielkiej miłości. I jestem przekonany, że nie jest to przypadkiem, tylko jest to znak, że daję to świadectwo życia, w dniu w którym obchodzimy w naszej Ojczyźnie Narodowy Dzień Pokuty za grzechy aborcji.

         A potem wychowywała dzieci, nie pracowała, bo poświęciła się rodzinie, potem swojej mamie, którą pielęgnowała w naszym mieszkaniu na Chlebnickiej. Dopiero potem powróciła z powrotem do pracy, kiedy my z Adamem poszliśmy z domu. Tak, poszliśmy, opuściliśmy rodzinny dom w 1983 roku w jednym miesiącu. Pamiętam, kiedy obecny tu Ks. Adam mój brat wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Oliwie, ja, kiedy powiedziałem rodzicom, że wstępuję do Zakonu, usłyszałem:, „jeżeli czujesz, że taka jest Wola Boża to idź”. Tylko tyle. Dopiero jakieś pięć lat temu zdobyłem się na odwagę, aby zapytać mamusię, czy łatwo im razem z tatą było przyjąć taką naszą decyzję, odpowiedziała: „Nie, przez dwa tygodnie chodziłam i płakałam, myśląc, co będzie z naszą przyszłością, co będzie z naszą starością?”. Zapytałem jeszcze: „Mamusiu, ale ja nie widziałem żebyś wówczas płakała?”. I znowu powiedziała:, „Bo tak płakałam, żebyś tego nie widział”. Dzisiaj dziękujemy wraz z Adamem kochanym rodzicom, że nie bali się oddać swoich wszystkich dzieci na służbę Panu Bogu.

         Możemy się zapytać skąd taka mądrość, skąd taka wiara, skąd płynęła ta siła? Odpowiedź jest bardzo prosta: z codziennej pięknej modlitwy, z codziennego pacierza. Oj bardzo się zdziwiłem, kiedy niedawno usłyszałem jak mama się modliła. Kiedy nie była już w pełni świadoma, to, kiedy zaczynała się modlić, pacierz powtarzała czasem po kilka razy. I wiele razy usłyszałem tę modlitwę, która mnie nie tylko wprawiła w zdumienie a nawet więcej zszokowała. Po Aniele Boży mamunia mówiła: „Boziu spraw, abym była grzeczna, posłuszna i Ciebie kochała”. Okazuje się, że siły do pięknego życia można czerpać z prostej dziecinnej modlitwy powtarzanej z wiarą przez całe życie. Na martwe ciało mamy zawiesiłem krzyżyk, który wręczył jej obecny tu ks. biskup Ryszard Kasyna, gdy 8 lat temu, przeżywali rodzice uroczystość jubileuszową pięćdziesięciolecia małżeństwa, której to wówczas ks. biskup przewodniczył. I obrazek Jezusa Miłosiernego włożyłem do trumny, który otrzymała od Ks. Biskupa Jana Szkodonia, biskupa pomocniczego Archidiecezji Krakowskiej, który odwiedził ją w domu na kilka dni przed śmiercią z napisem: „Jezu Ufam Tobie”. Nie tylko, dlatego, że mamusia umiera w Oktawie Zmartwychwstania i w siódmym dniu nowenny przed Uroczystością Bożego Miłosierdzia. Przede wszystkim, dlatego, że wiele razy w czasie tych jej pacierzy słyszałem po trzykroć powtarzane wezwanie: „Jezu Ufam Tobie, Jezu Ufam Tobie”. A potem nagle nowa modlitwa: „Jezu weź mnie już do siebie”. I Szkaplerz Karmelitański zawiesiłem mamie na szyję. Ten Szkaplerz, który przyjęła całkiem niedawno kilka lat temu, chociaż myślę, że przyjęła go pierwszy raz, gdy była dzieckiem. Ale ten przyjęła późno, nawet miałem wyrzuty sumienia, że ja karmelita a mama nie nosi szkaplerza. Mówiła, że boi się, bo to trzeba odmawiać modlitwy, zobowiązania, a ona boi się nowych. Kiedy wytłumaczyłem, że wystarczy jedno Zdrowaś Maryjo za wszystkich, co noszą szkaplerz przyjęła go z radością i zawsze miała przy sobie. I wreszcie w chrześcijańskim geście wiary jej dłonie, które codziennie całowałem za życia, jej dłonie siostra Asia oplotła różańcem. Nie jakimś tam, ale jej bursztynowym gdańskim różańcem, który tyle razy w swoim życiu odmawiała, a gdy już nie mogła przesuwać paciorków, to ja wówczas siedząc przy jej łóżku przesuwałem a ona modliła się ze mną.

         Tak. Takie było jej życie, jej piękne życie, jako świadka Zmartwychwstania Jezusa i świadka wiary w swoje z martwych powstanie. I odeszła tak jak żyła: cichutko, jednym westchnieniem do Boga.

         Kochani!

         Prośmy Pana, aby nasze życie było piękne. Ja wiele razy przed śmiercią mówiłem do mamusi: „Kiedy będziesz w niebie módl się za mnie, aby moje życie było tak piękne jak Twoje”. Prośmy Pana, aby nasze życie było piękne dotykające wieczności.

         I jeszcze jedno: wykorzystujmy ten czas, który nam Pan Bóg daje tu na ziemi na budowanie dobrych relacji z naszymi bliskimi. Ja jestem szczęściarzem, bo ja dostałem ten czas, w którym mogłem z mamą wszystko pozałatwiać, kiedy mogłem wiele razy powiedzieć jej, że ją bardzo kocham i usłyszeć to samo. Kiedy mogłem wiele razy powiedzieć, że za wszystko przepraszam i usłyszeć nic się nie stało.

         Życzmy sobie wszyscy, pięknego życia, pięknego umierania i tego najpiękniejszego życia, które zaczyna się z chwilą naszej śmierci.

 

Strona internetowa w trakcie aktualizacji